Pokochać Ural

 

Rozdział 1- komary.

Pierwsze bezpośrednie starcie zaraz po wyjściu z pociągu na dworcu w Incie. Najlepszą obroną wydał nam się wtedy atak na insekty. Wycofujemy się jednak po pewnym czasie do budynku dworcowego. Komary triumfują – tak już zostało do końca wyprawy. Po pierwszej nocy w górach budzimy się nad ranem i słyszymy, jak o tropik namiotu uderzają „krople”. Wylegujemy się w śpiworach w oczekiwaniu na koniec „deszczu”. W końcu jednak dajemy za wygraną, ciekawość świata wyciąga nas na zewnątrz. Wyskakujemy na trawę – nie pada – co się dzieje, przecież „krople” biją o tropik. Krótka analiza sytuacji i dramatyczna ocena naszego położenia – bębniły o namiot stada komarów rzucane na niego przez krótki podmuchy wiatru. Korzystając z pięknej pogody, rozglądałem się po okolicy robiąc zdjęcie za zdjęciem. Musiała minąć dłuższa chwila, nim poczułem, jak dłonie mnie pieką. W uniesieniu zapomniałem o rękawicach – co pozwoliło się wyładować sporej grupie sadystycznych komarów. Gotowaliśmy obiady w wiadrze na ognisku. Początkowo z obrzydzeniem wyciągaliśmy z menażek, ale z czasem zaczęliśmy się do nich przyzwyczajać lub nie mięliśmy siły, by grzebać w kaszy czy płatkach. Z czasem nauczyłem się sączyć herbatę przez zaciśnięte zęby lub moskitierę. W czasie jednej z nocy nieopatrznie oparłem głowę o poszycie namiotu. Obudziłem się z gorączką i piekącym, spuchniętym czołem. Zabijanie komarów na trasie jest całkowicie pozbawione sensu, zbytnia strata energii. Czasem na postoju dla osobistej satysfakcji uderzałem otwartą dłonią w kapelusz lub kolana – kilkanaście morderczych stworzonek padało ofiarą swojej pazerności. Świadomość, że „biedne” komarzyce potrzebują mojej krwi by wydać potomstwo nie robiła na mnie większego wrażenia. Więcej czasu poświęcałem filozoficznym dywagacją, czy aby komarów nie można zaliczyć do „gryzoni”. Ich obfitość wymusiła na nas opracowanie specjalnej techniki wchodzenia (czyt. wskakiwania) do namiotu.

Rozdział 2 – mieszkańcy republiki Komi.

Ludzie, który spotkaliśmy zajmują się hodowlą reniferów. Na olbrzymich drewnianych saniach stogi oczyszczonych skór. Na szczycie każdych leży olbrzymie poroże. Sanie zaprzęgnięte w renifery to środek lokomocji przez cały rok, zimą po śniegu a w pozostałe pory roku po wiecznie mokrych trawach i mchach. W obozie stoi ich około dwudziestu, załadowanych przeróżnym dobytkiem. Stanęliśmy kilkadziesiąt metrów od obozu. Na spotkanie, z zaproszeniem na ustach, wyszła grupa kobiet i dzieci. Mężczyźni nie okazali nam żadnego zainteresowania, nie odrywają się od pracy. Kobiety ubrane w podobny sposób – czerwone zielone lub żółte spódnice z pojedynczym czarnym pasem u dołu. Każda w jaskrawym fartuchu i wzorzystej chuście na głowie. Twarze poorane zmarszczkami, szczególnie wyraźne te wokół oczu, powstałe na skutek mrużenia ich przed słońcem. Mnie osobiście zdumiewa brak kości reniferów w dolinie. Pod koniec wyprawy spotykamy człowieka, który ma na sobie pas z elementów rzeźbionych właśnie z kości. Renifery to ich życie – nasuwa mi się skojarzenie z książkami z lat szkolnych o życiu ludów amerykańskich, gdzie bizon był traktowany z największym szacunkiem. Tu na Uralu krew renifera jest jedynym źródłem witamin i żelaza. Owoców i warzyw prawie się nie spotyka. Trafia się tylko malina – „marożka”. Olbrzymia jurta do której nas zaproszono musi pomieścić kilkupokoleniową rodzinę. Na wprost wejścia – nad piecykiem – wita nas portret Lenina, oblepiony dookoła naklejkami z gum do żucia.

Teraz, kiedy myślę o tych ludziach gór, marzę o tym, by do nich wrócić. Pobyć z nimi, porozmawiać o ich życiu, religii, przyrodzie. Są miejsca na ziemi, gdzie człowiek bez pomocy drugiego człowieka by nie przeżył. Stąd ich życzliwość do nas, Polaków – ludzi z dalekich miast. Do domu przywożę poroże i buty ze skóry renifera.

Rozdział 3 – Góry.

Początkowo niskie szczyty coraz śmielej z każdym dniem wędrówki pną się ku niebu. Góry Uralu są kojarzone generalnie jako pagórkowaty masyw o porośniętych trawą płaskich szczytach. Wynika to może z tego, że tory kolejowe zmierzające na północ, nad Zatokę Obską, przecinają Ural w jego północnej części, gdzie rzeczywiście tak to wygląda. W części subpolarnej góry reprezentują jednak charakter alpejski – młoda rzeźba, ostre granie i szczyty, płaty lodu i śniegu wypełniające zagłębienia. Karłowata wierzba, modrzew, rzadko brzoza rosną w dolinach między pasmami, wśród wędrujących tam rzek. Każdy potok, wypływający spod płatów lodu i śniegu zalegającego na szczytach, głęboko wcina się w kamieniste zbocza. Duża wilgotność i niskie temperatury sprzyjają tworzeniu gołoborzy, którymi usłane są wszystkie ściany. Na przełęczach powstają charakterystyczne gleby poligonalne – topniejące lodowce pozostawiły niesione skały, które układały wzór przypominający gigantyczny plaster miodu. Piesza wędrówka z plecakiem po gołoborzu powoduje ból w kostkach i kolanach. Po paru dniach prawie każdy wędruje z wyciągniętymi do przodu rękami – dla asekuracji. Nikogo to jednak nie uchroniło od wywrotek – to na chyboczącym się głazie, to na płacie śniegu, czy wilgotnych porostach i mchach.

Wędrówka w takim terenie wymaga przekraczania wielu rzek i potoków. Część z nich rozlewa się szeroko. Pierwsze próbujemy przejść suchą stopą, kolejne – gdy już przemokliśmy w deszczu i rosie – są pokonywane po najkrótszej linii. Były dni, że idąc z głową schowaną w kapturze, jeden za drugim, przechodziliśmy jak w otępieniu przez napotkane strumienie i rzeki. Jeżeli te ostatnie się rozlewały i były głębsze od pozostałych, braliśmy się za ręce, co chroniło nas dość dobrze od upadków. Nikt wtedy nie myślał, czym zakończyłaby się wywrotka w lodowatej, rwącej wodzie, kiedy idzie się z plecakiem ważącym średnio 30-40 kilogramów, a jego część jest już w wodzie. Nikt z nas nie myślał wtedy o takiej ewentualności – liczyło się przejście. Kiedyś, gdy będę dziadkiem siedzącym w wiklinowym fotelu z kocem na kolanach i poczuję łamanie w kościach i rwanie w stawach, przypomnę sobie Ural Subpolarny i przeprawy przez jego górskie rzeki.

W górach jest bardzo mało zwierząt (jeśli zapomni się o komarach). Trudno usłyszeć świergot ptaka, a jeszcze trudniej jest go zobaczyć. Parę razy widzieliśmy samotnego renifera. Jeden z nich stał dosyć długo na płacie śniegu, przyglądając się nam z należytą uwagą. Jego ciemna sylwetka odcinała się od otaczającej bieli – jednak nim wyjąłem swój „snajperski” obiektyw, oddalił się majestatycznie. W górach wystarczy wyjść powyżej doliny i momentalnie kończy się drzewa, tj. opał. Przyciśnięci na jednej z przełęczy prze pogodę, po dwóch dniach zdecydowałem się na wędrówkę do doliny po drzewo. Towarzyszyła mi Aśka, o której myślę teraz jako o najtwardszej kobiecie jaką znam. Odradzam wszystkim naszym naśladowcom takie wyprawy do dolin. Radzę zostać pod opieką przełęczy, gdzie wieją wiatry, przez co można odpocząć od komarów. Zbieranie drzewa w zabagnionych dolinach, będących wylęgarnią tych insektów, grzebanie się z patykami do obozu na przełęczy to pomysł iście samobójczy. Góry są piękne i ciągną mnie jak magnes. Staję przed zdjęciami wiszącymi na ścianie mojego pokoju w akademiku i wiem, że kiedyś tam wrócę. Obiecałem to sobie i Im.

Piotr Menducki