Raport z Maroka.

Na przełomie stycznia i lutego bieżącego roku, pod patronatem Towarzystwa Geologicznego „Spirifer” odbyła się wyprawa, w której miałem okazję uczestniczyć. Podczas wyjazdu naszym głównym środkiem komunikacji był wynajęty w Polsce autobus, samochody terenowe przystosowane do jazdy po kamienistych pustyniach i towarowy Mercedes, na dachu którego miałem okazję (i niewątpliwą przyjemność) spędzić niespełna cztery dni.

Wyruszyliśmy z zaśnieżonej Polski, przez Niemcy, Francję do Hiszpanii, gdzie w Algeciras wkroczyliśmy na pokład promu płynącego do Tangeru. Za plecami zostawiliśmy Gibraltar i w towarzystwie delfinów i pokrzykujących mew wpatrywaliśmy się w „obiecującą”, postrzępioną linię brzegową Afryki. Przeżywając mały szok termiczny (klimatyczny)- wyruszyliśmy na spotkanie z inną tradycją, kulturą, religią i przygodą.

Kilka słów o Maroku.

Maroko zamieszkuje ok. 26mln. mieszkańców. Do roku 1956 kraj ten był podzielony na kolonie francuskie i hiszpańskie. Marokańczycy oprócz oczywiście języka arabskiego, w większości bez kłopotów władają językiem francuskim, rzadziej hiszpańskim i angielskim. Ludność wywodząca się od tzw. „ludzi pustyni”- Berberów- mimo iż obecnie w dużej części mieszka w miastach, zachowała swój język. Religią dominującą jest islam, jednak w odróżnieniu od innych krajów nie ma w Maroku ekstremistów islamskich- sprzyja to rozwojowi turystyki. Jeśli chodzi o charakterystykę geograficzną, Maroko jest poprzecinane licznymi pasmami górskimi, m.in. tj.: Atlas Wysoki, Atlas Średni, Antyatlas czy góry Ar-Rif. Południową i zachodnią część kraju zajmuje piaszczysta i kamienista Pustynia Sahara.

Handel.

Jadąc do Maroka warto zabrać ze sobą kilka podkoszulek, papierosów i innych rzeczy, które na miejscu będzie można wymienić lub podarować w prezencie. Handel wymienny tam kwitnie, a niejedno dziecko ucieszy się z podarowanego długopisu czy cukierka, co w osadach oddalonych od głównych tras turystycznych traktowane jest niemal jak towar luksusowy. Podstawą działalności w Maroku jest umiejętność targowania się. Ceny które usłyszymy od sprzedawcy są kilkakrotnie zawyżone i przymierzając się do większych zakupów należy uzbroić się w cierpliwość i zarezerwować sobie dużo czasu na targowanie. W większych miastach handel odbywa się w tzw. „sukach”, w których można kupić prawie wszystko, a nie chcąc wymieniać dla nas typowych towarów wspomnę może tylko o tysiącach wzorów dywanów i kilimów, barwnej ceramice, beczkach z przyprawami, pudłach z daktylami, koszach z ziołami czy misach z suszonymi kameleonami. Zapach takich „suków” można przywieść do domu zbierając do woreczka mieszankę przypraw, zł i kadzidełko sporządzone z żywic różnych drzew.

Przed stoiskami przewijają się dziesiątki naganiaczy, którzy chcą cię ubrać, nakarmić, sprzedać „oryginalny berberyjski” turban, nóż, bębenek, lusterko, stolik, krzesełko, dywan czy cokolwiek innego sobie zażyczysz. W jednym z przewodników można wyczytać, że ponad 90% turystów odwiedzających Marakesz, zaklina się że już do niego nie wróci. Sprzedawcy w tym mieście stwarzają wrażenie, że gdyby mogli wskoczyli by turyście na głowę, wkładając mu na nią najnowszą czapkę, zawijając go w dywan i wciskając pod pachę bębenek.

Herbata.

Przyrządzanie w Maroku herbaty stanowi swojego rodzaju rytuał, przez co dla szarego europejczyka zyskuje kolejny, obok smakowego, walor. Do cynowego czajniczka wsypywana jest garść zielonej herbaty, wkładany pęk świeżych liści mięty i garść cukru. Tak przygotowana całość jest zalewana wrzątkiem. Kolejny etap to przelewanie herbaty do małych szklaneczek, wlewanie ich zawartości z powrotem do czajniczka i powtarzanie tego procesu aż do rozpuszczenia cukru. Herbata nalewana jest z dużej wysokości nad stołem, co dodatkowo uatrakcyjnia ceremonię. Dużo śmiechu mieli właściciele kawiarni, w której pozwolono nam napełniać szklanki. Większa część napoju lądowała wokół szklanek i było to powodem do radości dla gospodarzy. Pamiętać należy, że nie wolno odmawiać przyjęcia herbaty jeśli nie chcemy urazić gospodarzy.

Henna.

Henna jest to barwnik roślinny, w Europie wykorzystywany jest np. do farbowania włosów. W Maroku pierwszy raz zetknęliśmy się z nim w okolicach miejscowości Mibladen. Przez ludność miejscową wykorzystywany jest jako swoisty tatuaż. Papka z barwnika nakładana jest na stopy i dłonie dziewcząt „na wydaniu” i starszych kobiet. Po wyschnięciu barwnik zostaje wchłonięty w skórę, a nakładany w postaci motywów roślinnych i geometrycznych, przypomina właśnie tatuaż. Oczywiście żadna z dziewczyn biorących udział w wyprawie nie odmówiła sobie przyjemności przywiezienia do domu takiej pamiątki. Już na granicy niemiecko-polskiej widok „naszych” dziewczyn budził zdumienie celników. W małych wioskach ten zwyczaj ma znaczenie kulturowe, ale już w Marakeszu jest traktowana henna jako produkt, który można wepchnąć turyście. W Mibladen kobiety zajmujące się „zawodowo” robieniem takich tatuaży nie chciały słyszeć o zrobieniu ich mężczyźnie. W Marakeszu natomiast oganialiśmy się od kobiet, które chciały zostawić nam na ramieniu np. rysunek skorpiona. Przykrym jest fakt, że zalew turystów prowadzi do zaniku zwyczajów i obrzędów w imię pieniądza. Na szczęście tereny położone z dala od centrów turystycznych i te do których dojazd jest utrudniony, kultywują swoją tradycję.

Oaza Figuig.

Najmilej z tego wyjazdu wspomina się małe miasteczka, które powstawały na bazie dawnych oaz. „Figuig –Maroc typic”, głosił napis na kupionych pocztówkach, oddających klimat tej oazy. Na jednej z uliczek zostałem zaczepiony przez chłopca, który dostrzegł w mojej ręce aparat fotograficzny. Nie umiem francuskiego, on nie znał angielskiego – wystarczyła wymiana zakłopotanych uśmiechów, kilku gestów i miałem na pół dnia małego przewodnika. Początkowo nieśmiało wkraczałem z nim w kręte uliczki najstarszej części oazy, tzw. „mediny”. Później nie miałem wyjścia i musiałem za nim podążać, żeby wydostać się z labiryntu uliczek, bram, przejść. Warto było podjąć małe ryzyko, trafiliśmy na Łukasza i dużo raźniej kroczyliśmy pomiędzy palmami daktylowymi i poletkami wschodzącego zboża. Mały przewodnik wyprowadzał nas na punkty widokowe, pokazywał najstarsze ujęcia wody i stare zabudowania. Cieszył go każdy cichy trzask migawki i szczerzył w uśmiechu zęby gdy wycelowałem w niego obiektyw. Najtrudniej było nam „pokazać”, że chcielibyśmy znaleźć się z powrotem w okolicach autobusu.

Chodząc głównymi ulicami na każdym kroku spotykałem się z przejawami życzliwości. Niektórzy mieszkańcy przechodzili na drugą stronę drogi, żeby uścisnąć mi dłoń. Co chwila odpowiadałem uśmiechem, i że „przyjechałem z Polski”. Po godzinnym spacerze ręka mi „usychała” od ciągłego jej podnoszenia w geście powitania czy pożegnania. W sklepach traktowano nas po ludzku i mogliśmy zrobić zakupy bez zbędnych targów, po przystępnych cenach.

 

Skorpiony.

W czasie wyjazdów zdarzało się nam sypiać w małych hotelach, w autobusie, ale przez większą część spędzonych w Maroku nocy, dla zmniejszenia kosztów sypialiśmy „pod chmurką”, na karimatach i w śpiworach. Na jednym z postojów miejscowy dzieciak przyniósł w słoiku skorpiona, co spotkało się z zainteresowaniem części naszej grupy. Gdy pozostałe dzieci, które zwyczajowo gromadziły się wokół autobusu, zobaczyły że turyści gotowi są płacić za „robaki”, rozbiegły się wokół i zaczęły znosić w puszkach i pudełkach skorpiony białe, czarne, zielone, czerwone... Miny nam nieco zrzedły gdy podnosiły je niemal spod naszych nóg. Część z nas do końca wyjazdu unikała spania bezpośrednio na ziemi.

Kilka porad.

Wybierając się do Maroka należy zabrać ze sobą ciepłą odzież. Wahania temperatury pomiędzy dniem a nocą wynosiły około 20° C. Na górskich przełęczach jest także bardzo zimno a warto się na nich zatrzymywać, choćby dla widoków.

Kobiety powinny ograniczyć odsłanianie nóg i ramion.

Przy robieniu zdjęć należy spytać fotografowaną osobę o zgodę.

Nie wchodzić do miejsc kultu religijnego tj. meczety czy cmentarze.

Targować się do około 20-30% podanej przez handlarza ceny.

Piotr Menducki