KRYM 2000.

W wyprawie udział wzięli członkowie Towarzystwa Geologicznego „SPIRIFER”, studenci uczelni krakowskich: Anna Charewicz, Joanna Krajewska „Asiek” , Krzysztof Kuberski „Kris”, Maciej Bałys, Andrzej Forma, Michał Jastrzębski „Misiek”, Krzysztof Potok, Marek Pękala, Bartosz Płachno, Piotr Menducki.

Wyjazd miał miejsce w sierpniu roku 2000 i znacznie różnił się od poprzednich. W porównaniu z nimi nie wymagał większego przygotowania kondycyjnego. Nie trzeba było nosić zapasów jedzenia na większe odległości, dalekie odcinki trasy można było pokonaćżnymi środkami transportu tj. autobusem, pociągiem, trolejbusem czy statkiem. Co niektórym z naszej grupy udało się także wznieść w powietrze na motolotni. Namioty, które ze sobą taszczyliśmy okazały się zbyteczne. Pierwsze dwa tygodnie spędziliśmy w bazie studentów geologii z Moskwy w miejscowości Prohładnoje. Kilka nocy biwakowaliśmy na płaskowyżu w okolicach miejscowości Koktebiel, na lotnisku paralotniarzy. Właśnie tam rozbiliśmy namioty, ale po nocy w nich spędzonej doszliśmy do wniosku, że nie ma sensu się w nich gnieść, tym bardziej, że termometr wskazywał w nocy ponad dwadzieścia „kresek” ciepła. Tak więc do końca wyjazdu służyły nam głównie jako przechowalnia bagażu. Spędzaliśmy noce na plażach, połoninach, na dworcach, w autobusach i pociągach. Nauczeni przykrym doświadczeniem (skradziono nam suszące się na sznurku ubrania pod którymi spaliśmy), całą noc wystawialiśmy warty. Bezchmurne noce sprzyjały kontemplowaniu rozgwieżdżonego nieba i nauce astronomii, której tajniki zdradzali Kris i Asiek. Niektórzy godzinami wpatrywali się w nocne niebo powierzając swoje prośby „spadającym gwiazdom”. Jako, że niektóre dni spędziliśmy mocząc się w Morzu Czarnym, na plażach, przedstawię tylko wybrane dni z prowadzonego standardowo dziennika. Postaram się także zwrócić uwagę na niektóre aspekty podróży, mogące się przydać w przyszłości osobom wybierającym się na półwysep znajdujący się pomiędzy Morzem Czarnym a Morzem Azowskim.

5 sierpnia – Tego dnia okazuje się, że góra na której nocujemy (Besziktał), znajduje się około pięciu kilometrów od miejsca w które mięliśmy dotrzeć. Informacji tych zasięgnęliśmy od miejscowego leśnika. Gdy ten zobaczył mapę, którą dysponowaliśmy, założył kurtkę i niemal bez słowa zaczął nas prowadzić do właściwej ścieżki (ścieżka – ukr. <tropa, tropiczka>). Byliśmy tak zaskoczeni, że nikt nie pomyślał o tym by nalać wodę do butelek. Leśnik tak pędził, że o mały włos a pogubilibyśmy się w lesie. Dosyć szybko do nas dotarło, że nie mamy wody co wywołało ogólną nerwowość i przyspieszenie kroku. Gnaliśmy pod wypchanymi plecakami w kierunku kamiennego miasta Tepe Kermen (Góra Twierdza). Miejsce do którego dotarliśmy spełniło nasze wyobrażenia. Zostawiliśmy plecaki w krzakach u podnóża góry i chwytając się drzew i gałęzi po stromym zboczu wdrapaliśmy się do miasta wykutego w skale. Tego typu budowli na Krymie jest więcej, jednak to działało na wyobraźnię najbardziej, choćby z tego względu, że było trudno dostępne i nie było innych turystów. Mogliśmy się poczuć przez chwilę jak odkrywcy, mimo że ścieżki były mocno wydeptane. Tepe Kermen powstało w szóstym wieku naszej ery. Za pomocą prymitywnych narzędzi wykuto w skałach około dwustu pięćdziesięciu pieczar. W trzynastym wieku zamek-miasto został zniszczony przez najazd tatarsko-mongolski. Małymi grupami chodziliśmy po niewysokich pomieszczeniach. Dobrze zachowała się kaplica, wokół której wykuto w skale trumny. W niektórych leżały jeszcze ludzkie szczątki co potęgowało wrażenie. Ze szczytu wzgórza roztacza się piękny widok na okoliczne wioski i pasma górskie. Jakby na zamówienie w powietrzu pojawiają się dwa szybujące i skrzeczące drapieżniki. Zejście okazało się dość karkołomnym zadaniem. Co trochę ktoś pokonuje część trasy zjeżdżając na butach i ...spodniach.

Po zejściu niepotrzebny zgrzyt, Andrzej sam decyduje o obraniu ścieżki, a dla mnie to oznacza „zamach” na mój autorytet. Idziemy dalej i docieramy do małej wioski Maszino. Mała wieś i mały sklep. Wykupujemy prawie całą wodę mineralną, wszystkie bułki i kilkanaście kilogramów arbuza. Troszkę na migi udaje mi się porozumieć z dziewczynką zza płotu i napełnia nam butelki wodą. Grupa wyraźnie poweselała, Jędrek przymierza pustą połówkę arbuza, nawet mu było z nim do twarzy. Łapiemy autobus do Bakczysaraju. Tam robimy zakupy i kupujemy bilety na bus do Sokolinoje. Na targu robimy zakupy i okazuje się, że za jedzenie na dwa dni zapłaciliśmy nie więcej niż dolara. Gdy przychodzimy na kilkanaście minut przed odjazdem okazuje się, że wszystkie miejsca są zajęte. Kierowca bez zbędnych ceregieli wyrzuca z samochodu ludzi bez biletów, którzy (o dziwo) nie protestują. Pakujemy do busa bagaże, pot leje się po nas strumieniami. Po przyjeździe na miejsce jesteśmy tak zmęczeni godzinną jazdą, że decydujemy się na dłuższy odpoczynek. Drogą co jakiś czas przemykają samochody na włączonych klaksonach wiozące nowożeńców. Wkrótce udajemy się w drogę w tym samym kierunku co oni: Wielki Kanion i Wodospad Srebrny. Idziemy zacienioną ulicą co wprawia nas w dobry nastrój. Jak w kolarskim peletonie, co jakiś czas zmienia się prowadzący na czele, „tankujemy” też w marszu. Udaje się rozbić obóz pod wodospadem w towarzystwie dwóch dziewczyn z moskiewskiej ASP. Wspólne śpiewy nie wychodzą nam zbyt dobrze, ale mam okazję do „szlifowania” swojego rosyjskiego. Wkrótce zmęczenie daje znać o sobie. Klasycznie, kładziemy się na ziemi bez rozbicia namiotów. Na prawo od mojej karimaty kładę buty i latarkę. Obok śpi Asiek. W momencie gdy już zasypiam budzi mnie, wydaje się jej, że słyszy kroki. Alarm okazuje się niepotrzebny, dziwne dźwięki niosły się od wodospadu i przesuwanych w strumieniu kamieni.

Zrywam się w środku nocy. Przez korony drzew nie dociera ani odrobina księżycowego światła. Zastanawiam się nad powodem tak nagłego przebudzenia i zaczynam macać na oślep ręką za latarką. Mijają długie sekundy a nie mogę znaleźć ani latarki ani butów, czuję przyspieszony rytm serca, który z każdą sekundą przechodzi w łomot. Wołam Aśka raz, drugi, trzeci – nie ma! Wołam Jędrka – uff – przynajmniej on się odzywa zaspanym głosem, kamień spada z serca, nie zostałem sam. Teraz na spokojnie analizuję sytuację i okazuje się, że Asiek i moje rzeczy leżą z drugiej strony karimaty. W nocy zsunąłem się z niej i odwróciłem głową w drugą stronę, szukałem ich nie tam gdzie powinienem. Od tego momentu spało mi się bardzo dobrze. Planowo pobudka miała być o piątej rano. Wszyscy słyszeli budziki, ale nikt się nie podniósł. Dzień rozpoczął się w obozowisku o 7.30.

 

9 sierpnia – Plan na dzisiaj to dotarcie do Czerwonych Jaskiń. Z Symferopola wyruszamy trolejbusem numer1 do miejscowości Pierewalnoje. Szczęście do przygód nas nie opuszcza – nie codziennie jedzie się trolejbusem, który zderza się z innym samochodem. Przesiadamy się do innego i całą drogę gnieciemy się jak sardynki, by po południu opuścić puszkę. Drogę ku jaskini porównujemy do spaceru po patelni. Cieszy nas polski akcent, wojskowa jednostka polsko-ukraińska. Przez pewien czas do dalszej drogi dopinguje nas znak „Jaskinia –750metrów”. Jak się okazuje nie miało to żadnego przełożenia na rzeczywistość, droga okazała się dużo dłuższa. Z przewodników wiedzieliśmy, że jaskinia ma około 16 kilometrów długości. Byliśmy mocno zniesmaczeni gdy okazało się, że dla ruchu turystycznego udostępniono korytarz długości 250 metrów. Czerwone Jaskinie słyną z tego, że odkryto w nich ślady człowieka sprzed 2700 lat, a kulturę jaką tworzył nazwano od nazwy góry Kyzył-Kobiańską.

Po zwiedzeniu jaskini przyszedł czas na najbardziej efektowne jak dotychczas godziny spędzone w górach Krymu. Dzielimy się na małe grupki i na własną rękę szukamy drogi na szczyt Kyzył-Koba. Piąłem się wzdłuż jednej z wąskich przełęczy. Spod nóg uciekały kamienie i liście a plecak nie ułatwiał wspinaczki. Pierwszy raz poczułem jak pot gryzie oczy, rękami czepiałem się wystających skałek i gałęzi. Dalej było jak w filmie: im bliżej było do połonin tym stawało się coraz bardziej stromo. Z czasem gęstwina drzew zaczęła rzednąć i przez ich korony przebijały się różowe promienie zachodzącego słońca. Bliskość szczytu i mającego się z niego roztoczyć widoku dopingowały do dalszej wspinaczki. Wyszarpywałem plecak z objęć krzaków i po chwili stanąłem na suchej trawie połonin. Znowu nad głową przemknął jakiś cień. Ogromny kruk szybując oddalił się majestatycznie wzdłuż grani. Po lewej ręce miałem olbrzymią pomarańczową tarczę zachodzącego słońca. Okazało się, że każda z grupek wyszła inną drogą i staliśmy teraz od siebie w kilkuset metrowych odstępach i nikt nie przejawiał ochoty by dołączyć do reszty grupy w oczekiwaniu, że to reszta dołączy do niego. Po połoninach niosło krzyki:

-„Ja mam chleb!”

-„Ja mam karty!”

-„Nas jest najwięcej!”

-„Jestem najstarszy!”

-„Twoja matka była chomikiem!”

Decydującym argumentem stało się znalezienie w miarę płaskiego miejsca, więc udało się wszystkich zebrać. Nad połoninami niosło dym z dalekiego pożaru, cała dolina była nim zasnuta. Z nadejściem zmroku zerwał się silny wiatr.

 

10 sierpnia – Noc była przeraźliwie zimna jak na miejscowe warunki. Mięliśmy wstać o 4.00 i wyruszyć o brzasku wzdłuż grzbietu, aby wyprzedzić słońce i nie znaleźć się „na patelni”. Nawet się nie złościłem na Michała, który był odpowiedzialny za pobudkę. Nad ranem zerknąłem na wskazówki – kwadrans po piątej. Wygrzebałem się dygoczący ze śpiwora by po chwili boso gonić gnaną przez wiatr karimatę. Jak się później okazało część naszych rzeczy wiatr porozrzucał po połoninie. Na śniadanie kromka suchego ukraińskiego chleba i łyżka skondensowanego mleka produkcji rosyjskiej. Niemal cały dzień towarzyszyły nam chmury i wiatr. Wyłaniające się co jakiś czas słońce było na tyle ostre, że pod koniec dnia każdy czuł na sobie nową opaleniznę. Droga do Ałuszty zajęła nam czternaście godzin. Na trasie spotykaliśmy małe obozy rolników, którzy kosili trawy na połoninach. Szczególnie rozbawił nas widok mężczyzny, którego kosiarka spalinowa ciągnęła pod górę a on ledwo dotrzymywał jej kroku. Zgodnie doszliśmy do wniosku, że odpalił ją na dole, we wsi i zatrzyma się dopiero wtedy gdy zabraknie mu paliwa.

Pod koniec dnia wdrapujemy się na szczyt Demerdżi-Jajła. Niesamowite wrażenie wywarły na nas skały, z których zbudowane były południowe zbocza. Wietrzenie doprowadziło do powstania wielu form w kształcie grzybów, maczug, czapek, postaci mnichów i olbrzymów. Na niewielkiej powierzchni zgromadzonych było kilkadziesiąt skałek.

Z Maćkiem, Markiem i Krzychem rozstaliśmy się nad ranem i do spotkania miało dojść w Ałuszcie na ulicy Lenina. Gdy dotarliśmy do kurortu okazało się, że ta ulica jest miejscowym „deptakiem” i przez moment odnalezienie się wśród setek spacerujących osób graniczyło z cudem. Poszukiwania przebiegały jednak zgodnie z wcześniej założony planem i około godziny 20.00 byliśmy znów w komplecie. Troszkę po omacku chodzilismy po nadbrzeżnej skarpie szukając miejsca na nocleg. Plaże były ogrodzone i częściowo wylane betonem, jednak szczęście nam dopisało i znaleźliśmy miejsce z widokiem na morze, w którym odbijała się księżycowa poświata i widać było światła miasta. Niestety huk fal był tłumiony przez pobliską dyskotekę i stan ten trwał do 4.00. Słońce zgoniło nas ze skarpy około 8.00. Pognaliśmy na plażę, żeby „dotknąć” morza. Kolejny zawód – nie było „czarne”. Na szczęście temperatura wody stanęła na wysokości zadania osiągając 24stopnie.

AUTOBUSY

Jeżeli komuś wydawało się, że do szkoły lub zakładu pracy dojeżdża zapchanym autobusem – polecam wycieczkę po Ukrainie lokalną komunikacją. Małe, dwudrzwiowe autobusy z butlami gazu na dachach stanowią nieodłączny element krajobrazu. Komfort podróżowania trolejbusem jest podobny. Różnica jest nieznaczna, do podmiejskich autobusów ludzie wsiadają z bagażami. O lukach bagażowych chyba tu jeszcze nie słyszano. W każdy takim pojeździe znajduje się obok kierowcy osoba odpowiedzialna za sprzedaż biletów i organizację wsiadania i wysiadania pasażerów – co jest o tyle istotne, że czasem otwierają się tylko przednie drzwi autobusu. Gdy autobus stoi dłużej na przystanku można w nim odnaleźć odniesienia do sauny lub tropiku. Zasadnicza różnica dotyczy chyba tylko zapachu. Wilgotność zapewne jest zbliżona. Niejednokrotnie warto jest przejść kawałek drogi, do przystanku gdzie mamy pewność, że część pasażerów wysiądzie i zajmiemy ich miejsca. Żeby się o tym przekonać musieliśmy zostać na przystanku z braku wolnych miejsc. Ceny komunikacji publicznej są znacznie tańsze niż w Polsce. Dla porównania: kara za przejazd bez ważnego biletu wynosi około 7pln. Udało się nam również zaobserwować ciekawy obrazek. Co niektórzy pasażerowie ocierają sobie pot z karku -... zasłonkami i firankami autobusowymi.

Wjeżdżając na przełęcze odnosi się wrażenie, że gdyby się wysiadło z autobusu to można by szybkim krokiem go wyprzedzić. Po wjeździe na górę kierowca wrzuca „na luz” i autobus toczy się w dół jak najdłużej, by potem wyć i trząść się przy podjazdach.

Ciekawym doświadczeniem okazała się podróż z Kerczu do Symferopola. Już na wstępie powiedziano nam, że wszystkie autobusy jadące tą trasą przypływają promem z Rosji pełne i wtedy nawet czasem nie pojawiają się na dworcu. Dochodziła 23.00 gdy pani pełniąca funkcję kierownika ruchu obiecała mi, że pomoże nam się zapakować do autobusu. Pierwszy autobus przyjechał pełen. Gdy nadjechał kolejny rozpoczęła się awantura. Kobieta prosiła o dokumenty przewozowe, z których wynikało, że powinny być jeszcze wolne miejsca. Kierowca dorabiał sobie zabierając na trasie ludzi. Kierowniczka nie dawała za wygraną i po pół godzinie kierowca skapitulował. Ręce mu opadły gdy dowiedział się, że oprócz dwunastu osób musi jeszcze gdzieś wcisnąć taką samą liczbę bagaży. W efekcie część z nas pierwsze sto kilometrów spędziło śpiąc na podłodze. Pewnym urozmaiceniem było jeszcze to, że drugi kierowca, który siadł po 2.00 za kierownicą, wyraźnie był w stanie wskazującym na spożycie alkoholu. Nie przeszkodziło mu to w żaden sposób nadrobić na dwustu kilometrowej trasie godzinnego spóźnienia spowodowanego awanturą.

 

GÓRY KRYMSKIE

 

żnią się znacznie od innych znanych mi gór. Główne pasma przypominają wyniesione stoły. Partie szczytowe, tzw. „plato”, to połoniny pokryte ostrymi wyschniętymi trawami. Charakterystyczne są ciemnozielone koła niskopiennego jałowca. Od połonin bieszczadzkich różnią się obfitością skałek wapiennych porzeźbionych przez wiatr, błyszczących w oślepiającym słońcu. Roślinność kserotermiczna partii szczytowych często ulega w upalne dni samozapłonowi. Częstą przyczyną pożarów jest DYPTAM – którego olejki eteryczne często ulegają zapaleniu. Większość gór krymskich zbudowana jest z poziomo leżących, lekko nachylonych warstw wapiennych. Niekiedy ich ułożenie tworzy w morfologii olbrzymie schody, gdzie kolejne warstwy odpowiadają kolejnym stopniom. Charakterystyczne są pionowe ściany nieraz wysokie na kilkaset metrów, co uniemożliwia dotarcie na połoniny i wymusza wielokilometrowe obejścia. W skałach wapiennych wspaniale rozwija się kras, długość niektórych jaskiń przekracza kilkanaście kilometrów. Źródła na trasie wykorzystują szczeliny krasowe, którymi płynie woda. Tegoroczna susza spowodowała jednak, że wiele źródeł wyschło lub zmniejszyło wydajność. Treking w 50 stopniowym upale wymaga planowania trasy z wykorzystaniem po drodze źródeł. Dobrze jest wcześniej zasięgnąć języka wśród leśników na temat ich przydatności (źródło-ukr.<rodnik>).

Wychodząc na połoniny nie łudźmy się, że nad ranem temperatura będzie taka sama jak za dnia. Nasza grupa musiała się przekonać o tym na własnej skórze. Na Roman – Kosz spędziliśmy nieprzespaną noc, gniotąc się na dwóch karimatach, w pięć osób, pod trzema złączonymi śpiworami. Przeraźliwy wiatr sprawiał, że śpiwory łopotały jak żagle, ale warto było przeżyć te niedogodności choćby dla widoku rozgwieżdżonego, bezchmurnego nieba.

Wśród suchych traw skaczą niezliczone ilości koników polnych i cykad. W chwilach gdy przestaje wiać wiatr w uszach aż huczy od ich grania.

Wbrew naszym obawom, spacer szczytami w godzinach popołudniowych nie stanowi męczarni. Operujące słońce, żar lejący się z nieba, są tłumione przez silny nieraz porywisty wiatr. Warto jednak pamiętać, że to on bardzo wysusza i dobrze jest mieć ze sobą 4-5 litrów wody w zapasie i w miarę możliwości napełniać butelki, gdy tylko nadarzy się taka okazja.

Klimat połonin tworzą także olbrzymie szybujące ptaki. Nie udało się nam wypatrzyć sępów, które występują na Krymie, ale kruki były na porządku dziennym. Grupa która spędziła noc w Wielkim Kanionie wspominała jak pomiędzy wierzchołkami drzew, nocą, w blasku księżyca przemykały cienie wielkich ptaków. Zdało się słyszeć jak tną powietrze – klimat jak z Parku Jurajskiego.

Na prawie każdym szczycie znajduje się usypany kamienny kopiec i miejsce, w którym turyści pozostawiają po sobie jakiś znak. Najczęściej są to kawałki sznurka, tasiemki, chustki przywiązane do tych kopców lub drzew i krzewów.

Kiedy wybieramy się latem w góry, pamiętajmy żeby nie używać ognia. Liczne są służby przeciwpożarowe pilnujące aby nie zaprószyć ognia. Za sam pobyt na połoninie zagrożonej pożarem można zapłacić mandat, często obowiązują zakazy wstępu. Wejście na Roman-Kosz kosztowało nas około 20pln. Zakaz został wprowadzony ze względu na przebywającego w okolicy prezydenta Ukrainy. Na wejście na niektóre góry w zależności od sytuacji, wymagane są przepustki. Z tego względu musieliśmy zrezygnować z wejścia na Ajudah (Góra Niedźwiedź). Do wystawienia przepustek była upoważniona milicja na terenie obozu „Artek”.

Godnym zobaczenia jest rezerwat florystyczno-geologiczny o nazwie Kara-Dag. Jest to kompleks zerodowanych stożków wulkanicznych, schodzący do morza. Wejście na teren bez przewodnika jest karane mandatem w wysokości ok.70pln. Warto więc jest kupić bilet i przejść wyznaczoną ścieżką dydaktyczną. Miejscami postrzępione ściany spadają pionowymi ścianami ku morzu. Niekiedy iglice skalne sterczą na kilkadziesiąt metrów w górę prosto z wody. Z przystani znajdującej się obok rezerwatu można wynająć motorówkę lub mały statek wycieczkowy i opłynąć Kara-Dag, przepływając pod Złotymi Wrotami – skale w kształcie łuku.

Piotr Menducki

 

Mój Krym

1 sierpień 2000. Zaczęło się rankiem we wtorek od peronu czwartego na Dworcu Głównym. Pociąg oczywiście spóźniony, choć tylko 10 minut. Nim dojechaliśmy do Przemyśla. Tu nastąpiło kompletowanie ekipy (łącznie 46 osób!), a ponieważ mieliśmy dwie godziny czasu do odjazdu autobusu, „pozwiedzaliśmy” miasto (tzn. przebiegliśmy je w dość rekordowym tempie). Spodobało mi się. Zawsze myślałam, że to takie małe, prowincjonalne miasteczko gdzieś na „końcu świata”, a tymczasem... tymczasem kościół sąsiaduje z kościołem, a każdy następny większy i piękniejszy od poprzedniego. W tle zabytkowe i bardzo oryginalne kamieniczki, choć jeszcze w większości nie odrestaurowane, oraz wąskie, spadziste, kręte uliczki dopełniające całości. Przydałoby się więcej czasu na obejrzenie tego wszystkiego, ale niestety już o dziesiątej trzydzieści wyjechaliśmy w kierunku granicy. Po odstaniu półtorej godziny i otrzymaniu dwóch pieczątek do paszportu znaleźliśmy się na Ukrainie. Przed nami pozostało już tylko trochę ponad 1000 kilometrów, a na zegarkach przybyła „znikąd” jedna godzina. We Lwowie byliśmy o piętnastej. Trolejbus dowiózł nas na dworzec kolejowy (tradycyjnie, w byłym ZSRR, dworzec to najbardziej reprezentacyjny punkt miasta: pięknie odnowiony, wewnątrz marmury, mosiądz, złocenia). Pociąg do Symferopola odjeżdżał dopiero o dwudziestej trzeciej, mieliśmy więc czas na zwiedzanie miasta. Moja, a także Maćka, Piotra i Michała kolej nadeszła o dziewiętnastej trzydzieści. W ciągu dwóch i pół godziny przeszliśmy część centrum z rynkiem, katedrą i Uniwersytetem Lwowskim. Miasto jest cudowne: bardzo kameralne, spokojne, „leniwe”, bo nikt się nigdzie nie śpieszy. Czyste, tonące w zieleni. No i jak to w Rosji (to znaczy tu akurat na Ukrainie), z monumentalnymi budynkami, kościołami, pomnikami – wszystko jakby nie na miarę człowieka. Wrócę tam jeszcze...

Potem był pociąg. Dwadzieścia dwa wagony, trzydzieści godzin jazdy, nie otwierające się okna – to też może zdarzyć się jedynie na wschodzie. Dzień w podróży minął nam na próbowaniu ukraińskiego piwa (nie skusiłam się), ukraińskiej żubrówki (spróbowałam – jest inna niż w Polsce: bardziej aromatyczna, o intensywniejszym smaku i kolorze) i rozmowach.

Do Symferopola przyjechaliśmy o piątej rano. Wcześnie, a już bardzo ciepło, na niebie ani jednej chmurki, a wokół egzotyka. Egzotyka dlatego, że dworzec symferopolski zbudowany jest na modłę turecką – biały kamień, przestrzeń, podcienia, mozaiki i rzeźbienia w stylu wschodnim. Plus autobusy ASIA najczęściej jeżdżące po drogach! Takim też dojechaliśmy do miejsca obozowiska, miejscowości Prochładnoje. Zakwaterowani w domkach kempingowych, które tylko z nazwy przypominały „domek”. Ściany z naturalną wentylacją, okna, które można wyjąć wraz z ramą, karaluchy. Do tego sześć obskurnych, zapadających się prawie do podłogi, drucianych łóżek, tak skrzypiących przy jakimkolwiek ruchu, że po pierwszym noclegu obudziłam się cała połamana, bo w nocy bałam się ruszać, by innych nie budzić. Na resztę nocy pozostaje więc podłoga lub trawa przed domkiem.

4 sierpień.

Wieczorem przenieśliśmy się w pobliże następnego kamiennego miasta, by tam zanocować. Rano okazało się jednak, że trochę pomyliła nam się lokalizacja i do Tepe Kermen dotarliśmy dopiero około dziewiątej. Jest chyba jeszcze piękniejsze niż poprzednie – cała wapienna góra pocięta jest dosłownie otworami, które z bliska okazują się być pieczarami mieszkalnymi. Bawiliśmy się w nich w rozpoznawanie kuchni, łazienek, sypialń i innych pomieszczeń (były nawet stajnie – przynajmniej według nas). Następnie powędrowaliśmy do wioski Maszyno (pierwsze krymskie arbuzy!), z niej przejechaliśmy do Bachczysaraju, by tam wsiąść do busiku wiozącego nas do Sokolinoje – miejsca leżącego najbliżej naszego następnego celu – Wodospadu Srebrnego i Wielkiego Kanionu.

 

Wodospad ujrzeliśmy wieczorem. Skałę wapienną pokrywa martwica wapienna, na której z kolei rosną drobniutkie paprotki i to po nich spływa woda. Wygląda to jak zielone organy wiszące jakieś dwa metry nad wodą, po których rowkami spływa, lśniąc w słońcu, woda. Za zasłoną spadających kropel jest jaskinia. Noc spędziliśmy w lesie usypiani szumem wodospadu.

Rankiem wyruszyliśmy do Wielkiego Kanionu. Początkowo niewysokie i oddalone od siebie ściany kanionu z czasem coraz bardziej zasłaniają niebo zbliżając się ku nam z obu stron. Mniej więcej w połowie kanionu znajduje się Wanna Młodości – naturalny kocioł o głębokości około pięciu metrów. Woda w niej ma niewiele ponad 0° C, ale pokusa jest duża – podobno kąpiel czyni człowieka wiecznie młodym. Chętnych nie brakuje.

Pół godziny drogi w górę zrzucamy plecaki. Andrzej z Krzychem postanawiają skorzystać ze sprzętu wspinaczkowego (po to w końcu nosili te kilogramy lin, uprzęży, karabinków i innych niezbędnych akcesoriów). Atrakcji nie brakuje: chłopcy zmagają się z wyjątkowo kruchą ścianą, my uciekamy przed spadającymi odłamkami. Noc jest niesamowita. Najczarniejsza z czarnych, cicha, przecinana tylko czasem łopotem skrzydeł ogromnych kruków. Park Jurajski – te słowa każdemu przychodzą na myśl.

Rano postanawiamy: dojdziemy do początku kanionu. Dopiero tu, z dala od turystów i utartego szlaku widać jego ogrom. Stopniowo znika roślinność z dna kanionu, pozostają nagie, poszarpane ściany osiągające 300 metrów wysokości. Miejscami przejście między nimi ma zaledwie dwa, trzy metry. Leżące na dnie potężne, obrobione głazy świadczą o sile wody, która teraz, niepozorna, leniwie płynie między kamieniami, czasem ginąc gdzieś pod nimi. Dobrze, że mamy wyjątkowo suche lato.

Z kanionu wychodzimy dopiero przed szóstą i realną staje się konieczność nocowania gdzieś na trasie. Dopisuje nam jednak szczęście: łapiemy tatarską taksówkę, która zawozi nas w ciągu godziny pod bramę obozowiska.

8 sierpień. Odwiedziliśmy Bachczysaraj, miasto powstałe w XVI wieku jako stolica chanatu krymskiego, którą przeniesiono tu z pobliskiego Czufut Kale. Szum niezliczonych fontann, łącznie z tą najpiękniejszą – „Fontanną Łez”, kunsztowne, ażurowe wnętrza, oryginalnie rzeźbione sufity, wielokolorowe mozaiki i głos muezina z górującego nad otoczeniem minaretu – to pozostanie mi w pamięci po zwiedzeniu Pałacu Chanów.

W środę wyjechaliśmy znów w góry. Przez Symferopol dotarliśmy do Pierewalnoje, skąd wyruszyliśmy w górę, by dotrzeć do Jaskini Czerwonej. Przygotowaliśmy się na co najmniej trzygodzinne wchodzenie, a tu niespodzianka – po jakiś dwóch kilometrach okazało się, że do jaskini pozostało nam 750 metrów. Jaskinia mnie rozczarowała. Z szesnastu kilometrów długości dostępnych było jedynie 250 metrów, lub, za opłatą 110 hrywien – trzy i pół kilometra. Poza tym, tak zachwalana jako wielka atrakcja turystyczna, okazała się bardzo uboga w szatę naciekową i ciekawe formy. Większość stalagmitów była zdewastowana (turyści?, naukowcy?), część z nich z powrotem doklejona, we wnętrzu poprowadzono nawet asfaltowy chodnik(!) dla ułatwienia zwiedzania.

By więc zrekompensować sobie brak doznań estetycznych w jaskini, noc postanowiliśmy spędzić na plateau rozciągającym się ponad jaskinią, a wyglądem przypominającym bieszczadzkie połoniny. Po całkiem niezłej wspinaczce mieliśmy naprawdę piękny widok na dolinę i rozciągający się przed nami masyw Czatyrdahu, a ponieważ zrezygnowaliśmy z noszenia namiotów, gdy tylko się w nocy przebudziłam, mogłam podziwiać rozgwieżdżone niebo. Rankiem pogoda się popsuła, zerwał się silny wiatr i obudziliśmy się w chmurach. Mimo to już o szóstej rano wyruszyliśmy ścieżką przez płaskowyż, by wreszcie poczuć się jak w górach. Trochę (na szczęście niewiele) pobłądziliśmy, ale udało się nam osiągnąć cel – weszliśmy na szczyt Jużnyj (czyli południowy) Demerdżi. Niby niewysoki, ma raptem 1239 metrów, ale widoki były niesamowite, bo południowe stoki góry są bardzo strome i pionową, poszarpaną ścianą schodzą prawie do poziomu morza. Zobaczyliśmy więc wreszcie, po tygodniowym pobycie na Krymie, morze (i tu sprostowanie: wcale nie jest czarne, jak by wynikało z nazwy, a zwyczajnie niebieskie!). Przy zejściu mijaliśmy Dolinę Zwidów i Skalne Grzyby – obszar o podobnie jak w Górach Stołowych fantastycznie wypreparowanych skałkach zlepieńcowych tworzących ogromnych rozmiarów „las” zastygłych figur i postaci. Doszliśmy do wioski Łucistoje, skąd trolejbusem dojechaliśmy do Ałuszty. Nic jednak nie wyszło z pierwotnych planów nocowania na plaży – wszędzie było zbyt wielu ludzi, a poza tym plaże były bardzo „ucywilizowane”: obetonowane, z siatką, bramkami i stróżami co pięćdziesiąt metrów. Już po ciemku wybraliśmy więc najbliższą zalesioną górkę, z dala od budynków, ale też daleko od morza, za to z widokiem na nie. O szóstej rano stwierdziłam, że czego jak czego, ale rannej kąpieli w Morzu Czarnym nie odpuszczę. Byłam jedyna na plaży, powietrze miało 23° C, morze – 24° C. Cudownie. I nawet sól w ustach była nic nie znaczącym szczegółem. Wszyscy poszli za moim przykładem i do południa wylegiwaliśmy się na plaży. Z Ałuszty wróciliśmy do bazy na ostatni w niej nocleg.

14 sierpień. Godzina 11.20. Właśnie weszłam na Czatyrdah! Dookoła mnie połoniny wśród skał, niżej morze zieleni, zakończone na horyzoncie morzem (tym razem wody), przechodzącym niepostrzeżenie w błękit nieba. Czuję się taka malutka i nie pasująca do tych cudowności wokół. Ogrom mnie przeraża... Ale dobrze, że są takie miejsca na świecie.

Po lewej Demerdżi, gdzie byliśmy parę dni temu, po prawej Roman Kosz, na który chcemy wejść już wkrótce.

16 sierpień. Spędziliśmy cztery godziny w rezerwacie, w największym słońcu, a ja sobie nie wzięłam wody. Ale warto było. Karadag to miejsce, gdzie w przeszłości geologicznej prowadzona była działalność wulkaniczna, a której efekty widoczne są do dziś. Kilka wygasłych wulkanów, skały bazaltowe, andezytowe tworzące fantazyjnych kształtów skałki: Lwa, Orła, Sfinksa, Iwana Rozbójnika (dla mnie był to jakiś wódz indiański), czy głowy Marksa. Plus, niespotykana w większości na innych terenach, roślinność - raj dla Bartka - botanika pasjonata, który z zachwytem w oczach biegał od kwiatka do kwiatka, zasypując nas przy tym nazwami łacińskimi tych cudowności Z Karadagu wróciliśmy do Koktiebiel stateczkiem, przepływając przez skałkę o nazwie Złote Wrota, spełniające podobno jedno wypowiedziane życzenie. Widziałam delfiny!

Zwiedziliśmy w Feodozji muzeum Ajwazowskiego – malarza marynisty. Morze... co może być..................Wchodzisz, widzisz ogromny obraz przedstawiający wzburzone morze i ogarnia cię zdziwienie, że nie czujesz słonego smaku wody. Wszystko jest tak plastyczne, trójwymiarowe i prawdziwe...

Wyruszamy zdobyć Roman Kosz, najwyższy szczyt Krymu. Ma 1545 metrów n.p.m., niby niewiele, ale podchodzić musimy z 0, no może z 1 metra n.p.m., bo śpimy na plaży, tuż przy morzu. Ja, Misiek i Piotr mamy duże plecaki i śpiwory, ponieważ chcemy spać na szczycie, a Bartek i Andrzej idą „na lekko” - zamierzają wrócić przed zachodem słońca do obozowiska. Spotykamy leśnika, który opisuje nam sposób dojścia na płaskowyż, gdyż okazuje się, że nasze mapy nie są zbyt dokładne. Mimo to błądzimy trochę po lesie, nim natrafiamy na właściwą ścieżkę. Przed wyjściem z górnej granicy lasu robimy sobie jeszcze dwugodzinną sjestę, by przeczekać największy upał i dopiero o piętnastej wychodzimy na połoniny. Góry są piękne. Stoki wschodnie – strome, poszarpane, bez roślinności, ze skałkami rozrzuconymi tu i ówdzie przypominają krajobraz księżycowy; natomiast stoki zachodnie, łagodne, porośnięte trawą, wyglądają podobnie jak połoniny bieszczadzkie. Wszystko w kolorach żółci i brązu. Nie możemy się zdecydować, który z widocznych wierzchołków to Roman Kosz, bo wszystkie mają około 1540 metrów, wreszcie wybieramy jeden i idziemy w jego kierunku.

Betonowy obelisk z napisem „Wierszyna Kryma” upewnia nas, że właśnie zdobyliśmy najwyższy szczyt Krymu. Chłopcy nie zdążą już dzisiaj zejść do reszty grupy, postanawiamy więc podzielić się z nimi karimatami, śpiworami i jedzeniem. Noc jest niewygodna, chłodna i wietrzna, ale satysfakcja z faktu, że nikt na całym półwyspie nie śpi wyżej od nas rekompensuje wszystkie niedogodności.

O ósmej rano pożegnalne wejście na sam szczyt, dorzucam kamyk do stosu (na szczęście? na powrót? na pamiątkę? sama nie wiem) i schodzimy na dół, do widocznej z daleka „Biesiedki Wietrow”. Jej biała bryła przywodząca na myśl greckie altany wygląda w tym otoczeniu bardzo nierealnie, widok z niej zapiera jednak dech w piersiach: pola winnic, mickiewiczowski Ajudah i morze po horyzont...Mamy jednak pecha. Napotkany strażnik leśny informuje nas, że od kilku dni obowiązuje zakaz wstępu do lasu, spowodowany wizytą prezydenta Rosji. Płacimy grzywnę i musimy wyjść jak najszybciej z granic parku. Strażnik rysuje nam mapkę. Tak kończy się nasza wędrówka po górach Krymu. Na pocieszenie robimy sobie dłuższy postój w napotkanej winnicy.

Pojutrze opuszczamy Krym. Trzy muszelki, parę kamyków z plaży, pęk suchych polnych kwiatów, butelka portwajnu z Koktiebiel, album zdjęć. Do tego szum morza, cykady, muezin z Bachczysaraju, dzwony kerczeńskie i parę innych dźwięków na kasecie z filiżanką na okładce – na długie, zimowe wieczory. I wspomnienia. Przede wszystkim wspomnienia...

Taki będzie mój Krym.

Joanna Krajewska